google.com, pub-8385755478248969, DIRECT, f08c47fec0942fa0

poniedziałek, 31 lipca 2017

Ryby ludojady. Legendy miejskie

Był już wieloryb, co płynął Wisłą przez Polskę. Czasem są też morświny czy inne przyjemniejsze stworzenia. Za oknem cieplejsza pogoda więc atakują nas legendy miejskie z Super Expressu.


Tym razem mamy do czynienia z rybami ludojadami, które płyną do Polski aby pozbawić klejnotów męską populację polskich patriotów.

Prawda? Fałsz?

Zapraszam do lektury w tym miejscu.

niedziela, 30 lipca 2017

Hak. Legenda miejska

Legenda miejska o haku to jedna z moich ulubionych. Łączy w sobie elementy grozy i szczęśliwego zakończenia.


Znam ją w jednym wariancie, który pojawiał się także w filmach i serialach amerykańskich. Otóż młoda para jedzie nad jezioro rozkoszować się czasem wolnym po zdaniu egzaminów. Sielanka mogłaby trwać wiecznie gdyby nie szokująca wiadomość, jaką słyszą pewnego wieczoru w radiu. Okazuje się bowiem, że niedaleko ich miejsca pobytu mieści się szpital psychiatryczny, z którego uciekł najgroźniejszy pacjent.

Wielokrotny morderca zamiast dłoni, którą stracił podczas jednej z akcji ma hak - zupełnie jak pirat. Chłopak i dziewczyna wymieniają porozumiewawcze spojrzenia i z prędkością błyskawicy sprzątają swój namiot i inne rzeczy. Pakują się do samochodu i odjeżdżają. Zupełnie jakby ich ktoś gonił.

Kiedy rankiem dojeżdżają do domu odkrywają, że na bagażniku wisi ... hak.

Uciekli przed mordercą? Legenda miejska prawdziwa? Zapraszam do komentowania.

Podobne legendy miejskie - zobacz hak.

wtorek, 25 lipca 2017

Pusta noc

Polskie legendy miejskie nie ustępują w niczym swoim zagranicznym odpowiednikom. Przykładem niech będą opowieści, jakie słyszę czasem na terenie woj. pomorskiego. 


 Tym razem rzecz jest o pustej nocy. To nazwa ostatniej nocy przed pogrzebem zmarłej osoby. W ów wieczór przed pogrzebem ludzie gromadzili się w domu nieboszczyka, aby tam odmówić różaniec. Po odmówieniu modlitw w intencji zmarłego nie rozchodzili się do swoich domów, lecz pozostawali w domu żałoby, aby do rana lub jedynie przez parę godzin śpiewać specjalne pieśni.

 Kaszubska legenda miejska miała miejsce kilka lat temu (2011) w jednej z parafii diecezji peplińskiej. Zgodnie ze zwyczajem na okres pustej nocy w kościele zostawia się wszystko przygotowane jak do mszy świętej - ornat, kielichy etc. Tego wieczoru młody wikary zapominał zupełnie o zwyczaju i nieświadomie skierował swoje kroki do kościoła.

Przyklęknął w ławce i zaczął się modlić jednocześnie spostrzegając, że po 21:00 jakiś nieznany mu ksiądz odprawia mszę świętą a w ławkach siedzą ludzie. Ksiądz ubrany był w inny ornat natomiast ludzie wyglądali jakby przyszli na pogrzeb - ubrani na czarno wpatrywali się w kapłana.

 Młody wikary domyślił się, o co chodzi i pośpieszne opuścił kościół. Opowiadając o tym swojemu proboszczowi dostał informację, że takie rzeczy mają miejsce i nie jest to nic nadzwyczajnego. Legenda miejska? Kaszubska opowieść bez jakichkolwiek podstaw? A może potwierdzenie obecności życia po życiu i prawdy w nauczaniu Kościoła Katolickiego?

 Zapraszam do dyskusji!

niedziela, 23 lipca 2017

Barbara Ubryk - prawda czy legenda miejska?

Historia Barbary Ubryk przypomniana niedawno przez TVN24 do dzisiaj wzbudza wiele kontrowersji.

20 lipca 1869 roku do Sądu Rejonowego w Krakowie wpłynął anonim informujący o przetrzymywaniu w nieludzkich warunkach zakonnicy w klasztorze karmelitanek bosych na Wesołej – ówczesnym przedmieściu Krakowa. Postanowiono zbadać prawdziwość podanych faktów, sprawa była jednak delikatna, ponieważ mogła narazić na szwank autorytet władz i wywołać poważny konflikt z Kościołem. Ustalono więc, że dokonanie oględzin klasztoru nastąpi po porozumieniu z władzami kościelnymi. W tym celu powiadomiono o treści anonimu bp. Antoniego Gałeckiego – administratora diecezji krakowskiej, poproszono go o udzielenie zgody na wpuszczenie komisji sądowej na teren chroniony klauzurą i wydelegowanie swojego przedstawiciela. Biskup zaprzeczył, jakoby coś takiego mogło mieć miejsce, ale ostatecznie wyraził zgodę na przeprowadzenie rewizji. Reportaż można przeczytać tutaj. Informacje o tej sprawie dobrze podaje również wikipedia!

sobota, 15 lipca 2017

Uwaga na dziwne telefony! Legendy miejskie 2017

Legendy miejskie to temat, który zaskakuje co rusz. Tym razem możemy poznać nową opowieść dzięki serwisowi wokolzamoscia.pl.


Okazuje się, że oszuści znaleźli nowy sposób, aby wyłudzać pieniądze od niczego nieświadomych ludzi. Okazuje się, że typowy telefon od nieznajomego może kosztować nas bardzo dużo.


W sytuacji w której zadzwoni do nas nieznajomy numer i powie „Czy słyszysz mnie dobrze? Jeżeli tak jest, to proszę odpowiedzieć – tak„. Policja alarmuje, niezwłocznie rozłącz się i powiadom o tym najbliższy posterunek policji.

To początek rozmowy, w której możemy zostać zapytani o korzystanie z internetu, posiadanie telefonu komórkowego czy ubezpieczenia na życie. Oszuści, którzy nagrywają rozmowę wykorzystują potem nasze poprawne odpowiedzi do zaciągania pożyczek przez telefon.

Oszuści wykorzystują Twój głos i podkładają go pod swój skrypt, w ten sposób zaciągają pożyczki lub dokonują zakupy na Twoje konto! Niestety ale bardzo często nawet nie jesteśmy świadomi, że zostaliśmy oszukani. Dowiadujemy się dopiero wtedy, kiedy otrzymujemy wezwanie do zapłaty od firmy windykacyjnej.

Czy ta legenda miejska jest prawdziwa? Trudno doszukiwać się wypowiedzi przedstawiciela policji ze stopnia, imienia i nazwiska. Skomplikowanym wydaje się wykorzystanie jednego słowa nagranego przez telefon do wzięcia pożyczki choć istnieją różne firmy, które nie potrzebują nawet numeru PESEL do rozdawania pieniędzy.

Informacja pochodzi ze strony wokolzamoscia.pl

piątek, 14 lipca 2017

Gimnazjaliści i zabawa w słoneczko

Choć gimnazja zostały skutecznie przez obecny rząd zlikwidowane nikt nie zabierze nam wspomnień i legend miejskich, które dzięki tej instytucji powstały. Najpopularniejsza z nich to oczywiście "zabawa w słoneczko".


Chodziło o erotyczne ekscesy odbywające się w grupie młodych i napalonych uczniów gimnazjów. Legenda miejska - a właściwie opowieść o niej - zaczynała się od wizyty uczennicy u ginekologa. Podczas badania okazywało się, że jest w ciąży i zdradzała, że nie wie, kto może być ojcem dziecka gdyż grała w słoneczko. Ginekolog zaniepokojony powiadamiał rodziców i prokuraturę, a dziewczyna opowiadała ze szczegółami, co dzieje się w czasie wolnym gimnazjalistów.

Otóż dziewczyny tworzą krąg i zwrócone są do siebie twarzami. Na zewnątrz stoją chłopaki, którzy na umówiony znak stają za jedną z nich i zaczynają uprawiać seks. Oczywiście bez zabezpieczenia. Rytuał się powtarza.

W żadnej legendzie nie podano czasu tej zabawy. Domyślać można się tylko, że panowie byli w bardzo dobrej formie i mogli pozwolić sobie na pełne okrążenie ziemi dookoła słońca.

Inną nazwą tej legendy miejskiej jest gra w gwiazdę, której zasady są takie same.

A jakie Wy znacie wersje tej legendy miejskiej?

wtorek, 11 lipca 2017

Arab porywa kobiety w Koszalinie czyli legenda miejska 2017

Lato 2017 oprócz kiepskiej pogody, ciągłego politycznego sporu o wszystko i rosyjskiego ducha unoszącego się w amerykańskim powietrzu, które chcą wdychać imigranci zaskakuje legendami miejskimi. 


Do najpopularniejszych (i nieprawdziwych) należy ta, którą opublikowano na fanpejdżu "Spotted Koszalin". Pełna treść poniżej:

 "UWAGA!!! Na Giełdzie stoją 2 kobiety muzułmanki sprzedają orginalne ciuchy w bardzo niskich cenach, kiedy kobieta chciała przymierzyć spodnie a była z mężem, muzułmanki powiedziały że w busie jest przymierzalnia, kiedy kobieta nie wracała 15 min, mąż jej ich się zapytał gdzie jest jego żona a one takie jaka żona tu nikogo niema, doszło do szarpaniny i wbiegł do tego busa a tam był arab i 4 kobiety uśpione już a jego zona już mdlała arab chciał już je wywieść ale kobiety udało się wyciągnąć jednak udało mu się uciec Uważajcie na tych ludzi to było w poprzednia niedziele a zapewne mało osób o tym słyszało! Udostępniajcie!!" 

 Powiem szczerze, że dawno w internecie nic nie było udostępniane szybciej niż ta opowieść. Kilka tysięcy publikacji sprawia, że ludzie zaczynają wierzyć w wytwór utalentowanego twórcy legend. Z drugiej strony wzmaga to i tak dużą niechęć do obcych pochodzenia arabskiego.

Jak donosiła gazeta.pl Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zdecydował się złożyć zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa. Działanie na wyrost czy wręcz przeciwnie?

Legenda miejska niewinną zabawą czy poważnym orężem, które może wyrządzić wielkie straty. To tylko niektóre z aspektów tej sprawy.

Administrator serwisu "Spotted Koszalin" w jednym z wpisów twierdził, że ta opowieść jest prawdziwa. A jakie jest Wasze zdanie?

Czytaj o tej legendzie także na newsweek.pl

Motocyklista z linką na szyi czyli pętla śmierci

Legendy miejskie dzielą się na krwawe mniej lub bardzie. Historia, którą chciałbym dzisiaj opowiedzieć nie mieści się w głowie normalnym ludziom.


 Jeden z moich rozmówców poruszył temat motocyklistów, którzy szturmem podbijają nasze ulice latem.

Prędkość nie jest dla nich problemem - im szybciej tym lepiej. Zdradził jednak, że słyszał od pewnego kolegi, którego kolega dobrze zna jedną z grup motocyklistów, iż po serii tragicznych wypadków postanowili zakładać sobie linki na szyję podczas jazdy ścigaczami. Linka przymocowana jest do motocykla i w momencie, gdy zdarzy się wypadek nie ma szans, by motocyklista wyszedł z niego cało.

 Na pytanie, dlaczego to robią mój rozmówca stwierdził, że jest to działanie mające na celu uniknięcie kalectwa, którym kończy się większość wypadków motocyklowych. Z drugiej jednak strony nie dowiedziałem się, co powoduje, że za nic mają swoje życie skazując się na śmierć przez samobójstwo (?).

 W internecie szybko można znaleźć rozwiązanie tej legendy miejskiej. Wydaje się ona na pierwszy rzut oka prawdziwa, jednak kiedy powęszy się w środowisku miłośników jednośladów okazuje się, że ... to tylko dobra opowieść, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

 Co ich łączy? Kochają szybką jazdę motocyklami i kilka razy w roku idą na całość: zakładają na szyję pętlę ze stalowej plecionki, koniec linki montują na osi kierownicy, pilnując, by całość miała minimum metrowy luz. Jeżeli dojdzie do wypadku, linka zaciśnie się im na szyi. Śmierć nastąpi w wyniku przerwania rdzenia kręgowego lub uduszenia.

Więcej o tym można przeczytać tutaj. A jakie Wy macie doświadczenia z "pętlą śmierci"?

poniedziałek, 10 lipca 2017

Igły w automatach do tankowania. Legendy miejskie

Legendy miejskie 2017 rozwijają się bardzo dobrze. Najpopularniejszą ostatnio jest igła w automatach do tankowania. 


 Uwaga Ludzie ! Grasuje banda narkomanów która w pompach na stacjach zostawia igły z zarażonym wirusem HIV ! Uważajcie udostępnijcie ! - to treść komunikatu, jaką można zobaczyć na facebooku od kilku dni. Dziennikarze Wirtualnej Polski zbadali sprawę i według ich śledztwa to wszystko dobrze zapowiadająca się legenda miejska.

 Fotografia została także wykorzystana przez Jose Medinę z San Bernardino (Kalifornia), który twierdził, że został raniony przez igłę ukrytą w pistolecie dyspozytora. Wiarygodność jego zeznań była jednak podważana, a śledztwo w tej sprawie trwa - informował 25 maja servis foxla.com (źródło

Opowieść przypomina legendy miejskie o kobietach, które specjalnie zarażały wirusem HIV przypadkowych mężczyzn - czy to w ramach zemsty czy nieuzasadnionej chęci czynienia zła samego w sobie. Budowa tej opowieści jest zawsze ta sama - kobieta daje poderwać się nieśmiałemu mężczyźnie w barze i spędza z nim upojną noc - oczywiście w jego mieszkaniu lub hotelowym pokoju. Rano nasz bohater budzi się i albo czyta informację o HIV napisaną na lustrze albo też dostaje wiadomość SMS z zastrzeżonego numeru.

Wiele opowieści o narkomanach również skupia się na igłach, którymi dokonują aktów zemsty za swoją chorobę. Kiedyś krążyła także opowieść o tym, że w komunikacji miejskiej ktoś wbija igły w siedzenia powodując tym samym wirus HIV.  Legenda miejska z tego rodzaju żywa była w podmiejskiej kolejce w Trójmieście, gdzie zauważano takie rzeczy, a dodatkowo sporo osób bezdomnych podróżowało w tamtym czasie dość często.

Motyw zarażania chorobą HIV występuje również w opowieściach o fryzjerach i kosmetyczkach, którzy również bez sensownych powodów czynią spustoszenie wśród zdrowia klientów.


sobota, 8 lipca 2017

Duch w samolocie. Legendy miejskie

http://www.freeimageslive.com

Legendy miejskie związane z samolotami nie należą do rzadkości. Ostatnia, którą słyszałem robi duże wrażenie. Legendą miejską, która potwierdza siłę opowieści związanych z lataniem jest ta rodem z USA. 


W latach 80. XX wieku miał miejsce lot z Chicago do Los Angeles. Pilotem był mężczyzna z 30-letnim doświadczeniem, natomiast jego córka jedną ze stewardess. Para uzupełniała się idealnie na pokładzie samolotu 747. Niestety już w trakcie lotu zaczęły się problemy, których nikt nie przewidział. Najpierw związane one były z zasilaniem, a później w jeden z silników wleciał ptak uszkadzając go nieodwracalnie.

 – Uspokój pasażerów, a ja będę próbować lądować awaryjnie – powiedział ojciec – pilot do córki. – Dobrze. Ja uspokoję pasażerów – odpowiedziała. Zadanie nie było łatwe, ponieważ ludzie w panice robią różne rzeczy. Kiedy wszyscy byli zapięci pasami i poinformowani o ewentualnym niebezpieczeństwie córka jeszcze raz zajrzała do kabiny pilotów. Rozumieli się bez słów, jednak jej ojciec powiedział: – Zrobię wszystko, aby teraz i w przyszłości nic złego się tobie nie stało skarbie! Samolot podczas awaryjnego lądowania urwał jedno skrzydło. Paru pasażerów było poturbowanych, dwóch doznało złamań kości – wszyscy zostali uratowani. Kiedy stewardessa chciała uściskać ojca wchodząc do kabiny zobaczyła przerażający widok. Jej ojciec nie żył – podczas lądowania jeden z elementów wbił się mu prosto w klatkę piersiową. Został okrzyknięty bohaterem.

 Kiedy po latach córka kontynuowała pracę jako stewardessa miało miejsce dziwne zdarzenie. Przed lotem ukazał się jej duch ojca, który ostrzegł przed techniczną usterką na pokładzie. Pomna wydarzeń sprzed lat kobieta poinformowała mechaników o swoich obawach. Wszystko okazało się prawdą. Gdyby samolot wystartował z pewnością nie dotarłby do celu. Liczba ofiar sięgnęłaby ponad 284.

Misja ratunkowa na Marsa? Legendy miejskie

Legendy miejskie rodem ze studiów? Proszę bardzo – na święta Bożego Narodzenia nawet wujek Janusz by nie uwierzył w taką opowieść. 


 Wszystko zaczyna się w akademiku. W wersji, którą miałem okazję usłyszeć akcja dzieje się w akademiku Uniwersytetu Gdańskiego. Studencka impreza – panie, panowie i morze alkoholu, który pozwala nawiązywać bliższe kontakty. Nagle jeden z uczestników zabawy wpada na świetny pomysł – zbudujmy z kartonów pojazd, który wyrzucimy przez okno. Studenci ochoczo przystępują do pracy. Jest miejsce dla pilota, skrzydła, w pełni profesjonalny kokpit i nazwa – PROM KOSMICZNY NEPTUN. Pilot wsiada do środka i … ginie na miejscu po upadku z drugiego piętra. Pijani w sztok studenci nie zdają sobie sprawy z tego, co zaszło.

Wezwana na miejsce policja od razu szuka świadków zdarzenia. Po dotarciu do pokoju, z którego wyruszyła misja na Marsa okazuje się, że chłopaki budowali drugi pojazd – nazwijmy go ambulans – aby uratować kolegę. Po prostu myśleli, że trzeba wyrzucić kolejnego ochotnika, aby ich kompan powrócił do żywych. Niestety tak się nie stało. Misja okazała się jednak zupełnie nieudana – policja zakończyła imprezę a sprawcy zostali ukarani.

 W trójmiejskich mediach głośno było o skoku z balkonu studenta, który był pod wpływem dopalaczy. Skoku zakończonym tragicznie. Nie znalazłem opowieści, która dokładnie pasowałaby do legendy miejskiej słyszanej we właśnie takiej formie.

Świeżaki w Biedronce

Legendy miejskie związane z Biedronką nie należą do rzadkości. W Małym Trójmieście Kaszubskim popularna stała się ostatnio opowieść o wycofaniu świeżaków z portugalskiej sieci sklepów.


 Przyczyną miały być alergeny ukryte w materiale, z którego zrobiony był zarówno brokuł Bartek jak i jabłko Antek. Sieć nie odpowiedziała oficjalnie na te zarzuty jednak po szturmie klientów, którzy w ostatnim momencie chcieli odebrać świeżaka to właśnie klienci sami wytłumaczyli sobie brak maskotek. Nic straconego – od ostatniego czwartku świeżaki (w formie kart) do zbierania w każdej Biedronce. Udanych łowów – kolejnych legend miejskich.

Jazda na gapę. Legendy miejskie

Autostopowicz czy autostopowiczka to popularne motywy legendy miejskiej. Jednak w wydaniu poniżej można naprawdę się przerazić. 


 Pewne małżeństwo w Stanach jechało odwiedzić krewnych. Był to rok 1942. Po drodze wzięli ze sobą pasażera na gapę, który zmierzał do miasteczka oddalonego, o bagatela, 40 kilometrów. Kiedy osiągnęli cel podróży młodego człowieka ten uprzejmie podziękował i zaproponował, że da odpowiedź na jedno ważne pytanie dla starszego małżeństwa. Kiedy skończy się II wojna światowa? – wypalił kierowca. W 1945 roku – opowiedział bez namysłu chłopak. Po czym dodał: Uważajcie, bo jeszcze tej nocy w samochodzie będziecie mieli trupa.

 Po tym wyznaniu zamknął drzwi i odszedł w ciemną ulicę. Starsze małżeństwo kontynuowało podróż w zmieniającej się na niekorzyść pogodzie. Zaczął padać gęsty śnieg, a na mokrej ulicy pojawiła się gołoledź. W pewnym momencie, w oddali zauważyli światła karetki. Chcieli ominąć to zdarzenie, jednak ktoś zatrzymał ich wbiegając prawie pod maskę. Musicie wziąć jednego rannego z wypadku wraz z lekarzem. Karetka nie chce odpalić, a ten człowiek musi znaleźć się w szpitalu jak najszybciej. Niestety, spełniła się przepowiednia tajemniczego autostopowicza, bo pacjent zmarł zanim dotarli do szpitala. Kim był młodzieniec? Legendy miejskie milczą.

Kobieta w oknie. Legendy miejskie

Sąsiadki, które wszystko widzą i wiedzą? Osiedle, na którym poduszka w oknie i uważny obserwator jest czymś normalnym? 


Okazuje się, że i o takich osobach krążą legendy miejskie. W jednej z nich mamy do czynienia z kobietą po 70-tce, która zamknięta w mieszkaniu z powodu niepełnosprawności stała się stałym elementem krajobrazu. Na poduszce obserwowała życie osiedla nie komentując i wiernie wypatrując kolejnych nowości. Niestety – pewnej jesieni kobieta zmarła. Kiedy było już po pogrzebie sąsiedzi zauważyli wyraźne kontury jej osoby w oknie, którego praktycznie przez ostatnie lata nie opuszczała. Przypadek? Nie sądzę… #legendamiejska ? Jak najbardziej

Podziemne miasto w Redzie. Legendy miejskie

Legendy miejskie z Małego Trójmiasta Kaszubskiego niekiedy nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Niestety wiele osób od razu bierze informację jako pewnik umieszczając ją na swoich facebookowych profilach. 


 Ostatnimi czasy furorę robi wpis z 2015 roku ze strony mtk.pl informujący o tajemniczym podziemnym mieście. Nie wiem czemu akurat teraz wpis jest tak popularny (nie buduje się ani drogi ani większej inwestycji, która mogłaby ukazać zaginione miasto Inków) ale kilkanaście udostępnień jednego dnia daje do myślenia. Po prostu #legendamiejska.

Pogrzebany żywcem. Część II

Podobała się Wam legenda miejska o pogrzebanym żywcem panu Ballu? Na szczęście on przewidział, że może to nastąpić. 


Nasza kolejna bohaterka nie miała tyle szczęścia. Pani Agnus żyła sobie spokojnie w pewnym angielskim hrabstwie delektując się urokami życia pod rządami Królowej Matki oraz przed Brexitem. Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy i nasza bohaterka została pochowana. Żywcem. Ludzie mieszkający w okolicy w parę dni po pogrzebie widzieli jakby ziemia ruszała się nad grobem pani Agnus. Kiedy dokonano odkopania mogiły odkryto nieuśmiechniętą twarz kobiety, która prawie wykaraskała się z tej ciężkiej sytuacji. Śmierć nastąpiła przez uduszenie.

Pogrzebany żywcem. Legendy miejskie

Legendy miejskie o pogrzebach to nadal rozwijająca się gałąź opowieści z dreszczykiem. Dzisiaj zaś opowieść o pewnym „pechowym” obywatelu Stanów Zjednoczonych, którego koszmar się … ziścił.


 Pan Ball od niepamiętnych czasów bał się śmierci. Jego tanatyczny lęk wiązał się z faktem, iż ktoś może niesłusznie pomylić się i uznać za zmarłego. Dlatego w rodzinnej krypcie … kazał pociągnąć linię telefoniczną. Lata mijały a nasz bohater nie wybierał się na łono Abrahama. W końcu jednak pewnej listopadowej nocy Pan zawołał Balla do siebie. Jego ciało złożono do krypty zgodnie z życzeniem zmarłego. 3 dni po pogrzebie wieczorem w domu nieboszczyka zadzwonił telefon. Dopiero przy trzecim razie odebrała wdowa, która usłyszała w słuchawce dziwne trzaski i coś jeszcze. Niestety – rano i ją znaleziono martwą. Przyczyną rozległy zawał serca. Kiedy przygotowywano się do pogrzebu i otwarto rodzinny grób oczom zebranych ukazał się widok masakryczny. Wieko trumny pana Balla było otwarte. W ręce trzymał słuchawkę.

(Nie)szczęśliwy golfista - część II

Kiedy pisałem o (nie)szczęśliwym golfiście przypomniała mi się legenda miejska ze sportem związana. 


 Pewnego razu podczas turnieju golfowego w Stanach Zjednoczonych dwóch zawodników toczyło zażarty pojedynek. Wymieniali ciosy jak Michalczewski w najwyższej formie; jeden gonił drugiego aż miło. Niestety pech chciał, że zawodnik prowadzący trafił piłeczką w wysoką trawę. Poszukując jej nie zauważył, iż coś złego czai się w trawie. To żmija ukąsiła go w łydkę przebijając śnieżnobiałe spodnie. Mężczyzna zmarł na miejscu.

(Nie)szczęśliwy golfista

Gra w golfa zdobywa w Polsce coraz więcej sympatyków. Czy wraz z tym będziemy słyszeć polskie wersje amerykańskich legend o golfistach? 


 Pewnien zapalony golfista miał niezdrowy zwyczaj żucia trawki z pola, na którym aktualnie grał. Miało przynosić mu to szczęście. Rzeczywiście – wyniki zaliczonych dołków przedstawiały się imponująco. Pewnego razu droga naszego bohatera zawiodła go na inne pole golfowe. Tam również celebrował swój zwyczaj żucia trawki. Pierwszego dnia przynosiło to efekt. Podobnie było podczas kolejnego dnia spędzonego na polu golfowym. Niestety, w trzeciej dobie coś zaczęło się psuć. Nasza gwiazda golfa czuła się coraz gorzej. Strzały nie docierały do celu a glofista słaniał się na nogach. Przy 13 dołku zmarł. Okazało się, że trawa, którą żuł naładowana była zabójczymi środkami bardziej niż owoce w Czarnobylu. Legenda jest oczywiście niepotwierdzona, jednak nigdy więcej żucia trawki 🙂

Obcięta głowa

Ślub to jedno z najszczęśliwszych ale i najbardziej stresujących wydarzeń w życiu. A ślub z tragicznym finałem? 


 Jakieś 10 lat temu w Wejherowie i okolicach chodziła opowieść o tragicznym finale pewnego ślubu. Wiadomo – młodzi zakochani w sobie po uszy. Był ślub, kareta i impreza. Jednak po 24:00 nastąpiło coś, co zszokowało wszystkich. Otóż podczas podrzucania panny młodej podpici nieco goście rzucali ją za mocno. W pewnym momencie jej głowa trafiła tak niezręcznie w wiszący ponad nimi wiatrak, że została odcięta. Nikt nie mówił w jakim hotelu czy sali weselnej się to stało, jednak wszyscy myśleli, że coś takiego miało miejsce.

Igła z AIDS

Legendy miejskie stają się powoli uniwersalną opowieścią, która dzieje się na równi w Stanach jak i w Polsce.


 Przykładem niech będzie opowieść o mężczyźnie, który zaraża AIDS poprzez straszenie ludzi strzykawką. W Redzie (woj. pomorskie) swego czasu grasował chłopak, który klientom okolicznych Biedronek i Lidlów groził zarażeniem chorobą – według niektórych miał strzykawkę z brunatnym płynem. Sam spotkałem jegomościa, który rzeczywiście prawie siłą wymuszał złotóweczkę z koszyka. Był jednak bez strzykawki za to z obfitą torbą kleju, który namiętnie wąchał. Myślę, że opowieść o tym człowieku została celowo zdeformowana aby wzbudzić większą grozę wśród mieszkańców tej małej mieści. Obecnie bohatera tej legendy miejskiej nie widać.

Latające krzesło

Niektóre z legend miejskich fascynują swoją nierealnością. Tak jest w przypadku opowieści o latającym krześle. 


 Mike – kierowca ciężarówki od zawsze marzył o tym, by mieć … latające krzesło. Choć przemysł nie widział w takim wynalazku żadnego sensu i go nie produkował nasz bohater postanowił sam wcielić myśli w rzeczywistość. Do krzesła przywiązał balony z helem. Okazało się, że ten pomysł wyniósł go na wyżyny. Będąc wysoko w górze chłop delektował się widokami i swoim pomysłem. Niestety – nie przypuszczał, że przestrzelenie balonów z helem może nie być takie proste. Ich odcięcie nie wchodziło w grę – Mike zapomniał noża. Zdesperowany koniec końców rozbił się realizując marzenie życia.

Znikająca panna młoda

Legendy miejskie o znikającej pannie to kolejna klasyka gatunku. Z tych powtarzających się opowieści wybrałem najlepszą na dziesiejsze parne popołudnie. 


 Pewnego razu podczas balu w amerykańskiej szkole chłopak o imieniu Tim zauważył blond piękność, która stała z boku. Dziewczyna była tak piękna, że chłopak musiał do niej zagadać. – Cześć jestem Tim. Jak masz na imię? – powiedział. – Laura. Miło mi – odpowiedziała dziewczyna. Kiedy chwycił ją za rękę, by zatańczyć poczuł, że jej dłoń jest lodowata. – Ostatnio zawsze jest mi zimno – powiedziała dziewczyna. Po zabawie Tim zaoferował się, że podwiezie dziewczynę do domu. Widział, że jest jej zimno, więc okrył ją swoim płaszczem. Kiedy dojechali na miejsce Laura szybko się pożegnała. Chłopak po chwili zorientował się, że wzięła ze sobą jego własność. Gdy otworzyły się drzwi domu, do którego weszła dziewczyna pod Timem ugięły się kolana. – Nasza córka nie żyje już 20 lat – powiedział mu starszy mężczyzna. Coś jednak nie dawało chłopakowi spokoju. Dojechał do cmentarza i wśród nagrobków znalazł ją. Laura zginęła tragicznie kilkadziesiąt lat wcześniej. Jego płaszcz leżał tuż obok grobu.

Potrącony pieszy ostrzega

Najciekawsze legendy miejskie według mnie to takie, które mają dużo wspólnego z dobrym horrorem. Opowieść o pieszym może nie jest najwyższych lotów jednak do dziś jest aktualna i opowiadana w USA. 


 Pewien mężczyzna szedł poboczem drogi, aby odwiedzić swoją chorą żonę leżącą w szpitalu. Była wtedy późna jesień. Deszcz wolno siąpił a w powietrzu unosiła się lekka mgła. Niektóre samochody dostosowywały prędkość do warunków. Byli jednak i tacy kierowcy, którzy za nic mieli złą pogodę. Na nieszczęście nasz bohater trafił na takiego. Uderzony na pełnej prędkości nie miał szans i zmarł w drodze do szpitala. Plotka głosi, że duch mężczyzny do dzisiaj ukazuje się na tym zakręcie będąc jednocześnie ostrzeżeniem dla kierowców, którzy niepotrzebnie się śpieszą.

Kiełbaska z wkładką?

Dzisiaj na facebooku ukazał się wpis dotyczący znalezienia w dzielnicy Karwiny w Gdyni kiełbasy z wetkniętym wkrętem. 


 Wiadomo czym skończyłoby się połknięcie czegoś takiego przez zwierzęta. Podobne apele słychać było w tym roku w Warszawie i Katowicach. Legenda miejska czy może fala nienawiści wobec zwierząt, która zatacza szersze kręgi?

Dusiołek

Legendy miejskie czasem niewiele z miastem mają wspólnego. Opowieść o dusiołku dostałem od mieszkańców Gościcina (wieś niedaleko Wejherowa). 


 Dziadek opowiadał mi, że kiedyś ludzie mogli zostać zaatakowani przez dusiołki. Chodziło o niewidzialne duchy, które siadały człowiekowi na plecach i dusiły. Dziadek opowiadał, że kiedy wracał z pracy w Fabryce Mebli dopadł go taki „stwór”. Dziadek czuł, że siedzi mu na plecach i że coraz ciężej mu iść. A miał wtedy zaledwie 40 lat. Dopiero modlitwa pozwoliła mu uwolić się od tego zjawiska.

Skok przez babcię

Legendy miejskie, w których zwierzęta odgrywają główną rolę są ciekawym uzupełnieniem mojego skromnego życia :). 


Ostatnio – jak mawiają młodzi – mój dzień zrobiła opowieść o skoku … przez babcię. Miałem kolegę, którego kolega przechwalał się, iż … przeskoczył babcię. Latem kolega ten siedział sobie z babcią na tarasie. Starsza pani drzemała zaś główny bohater czytał książkę. W pewnym momencie użądliła go osa. Ból według relacji był tak silny i niespodziewany, że chłop dosłownie wyskoczył z krzesła przeskakując budzącą się krewną. Wszyscy mu nie wierzyli do czasu, kiedy sama zainteresowana w sklepie osiedlowym całą historię potwierdziła.

Jak zapobiegać ciąży?

Legendy miejskie związane ze sferą intymną kiedyś nie robiły takiego wrażenia. Ot, jakiś chłopak prezerwatywę pomylił z gumą do żucia :). Obecnie jednak podejście młodzieży jest krótko mówiąc … 


 Siedziałam na przystanku i słyszałam jak koleżanki opowiadały między sobą o sposobach, które pomagają zabezpieczyć się przed ciążą. Myślałam, że padnę, kiedy okazało się, że najlepiej… umyć się po stosunku colą (sic!). To chyba najlepsza legenda miejska ostatnich lat! Przesłany opis całej sytuacji i próba umieszczenia jej w legendach miejskich to nic w porównaniu z głośnym NIE dla takiej edukacji seksualnej. Widać ta w Polsce na razie NIE działa.

Rudy 102

Czy czołg, który kiedyś stał przy głównej ulicy Wejherowa zagrał kiedykolwiek w serialu „Czterej pancerni i pies”? 


 W czasach naszej młodości cżołg, który stał niedalego ósemki (Szkoła Podstawowa nr 8 na Osiedlu Chopina) był główną atrakcją polekcyjnych zabaw. Najpierw były zwisające liny z przodu, po których się wspinaliśmy. Potem ktoś odblokował właz i można było wchodzić do środka. Niestety szybko zaspawano wejście do środka. Pamiętam tą farbę, która co jakiś czas miała sprawiać wrażenie, że ktoś dba o ten pomnik. Brudziła niemiłosiernie. A wszystko to robiliśmy, bo ktoś powiedział, że czołg ten był wykorzystywany na planie „Czterech pancernych i psa”. Janusz Gajos czy Pola Raksa – po prostu człowiek z Wejherowa mógł poczuć się wyjątkowo.

Szkoda, że ten Rudy w Wejherowie nie stał (i nie stoi).

Odczynianie róży

Róża to stan zapalny skóry, którego kiedyś nie leczyło się u dermatologa. 


Przeciwnie – uważano, że to rzucony urok i odczynić może go tylko specjalnie przygotowana osoba. Dobrze ten rytuał opisuje dziennikarz Gazety Wyborczej (czytaj tutaj) Sam byłem świadkiem takich obrzędów i … wbrew pozorom one (czy może silna w nie wiara) zadziałały. Czy to legenda miejska z poparciem w rzeczywistości? Jak myślicie? Zapraszam do dyskusji.

Mój sąsiad wygrał 4.000 złotych!

Jak grzyby po deszczu wyrosły mini-pokoje z automatami w Trójmieście. 


Dlatego nie dziwi, że stały się one tematem rozmów i opowieści, którym blisko do legendy miejskiej.

Mam znajomego, który w Redzie grał w automacie. Wydał jednego dnia na gry 200 złotych i kiedy kończył trafił strzał, który dał mu 4.000 tysiące! Nawet żona ucieszyła się z jego miłości do hazardu. 

Podobnie jest także z inną historią, która nie wydaje się prawdopodobna.

 Mój 13-letni chrześniak w Gdyni grał na automatach. Miał tylko 8 złotych. Traf chciał, że wygrał za te pieniądze 1000 złotych.

Automat nie przyjmuje monety?

Natemat.pl zajął się legendą miejską, która panowała na początku lat 90. 


 Chodziło wszak o to, że w wypadku nieprzyjęcia przez automat monety trzeba ją potrzeć z boku urządzenia. Ponoć to działało.

 Pamiętam, że automat w mojej szkole był ostro porysowany przez takie działanie. Z automatami wiąże się również inna legenda miejska, z której wynika jakoby wrzucenie starej monety spowoduje wydanie napoju.

 Także wkładanie ręki i próba wyciągnięcia napoju, która przez wielu była potwierdzana jako prawda – okazała się zwykłą legendą miejską.

Diabeł z Jersey

Opowieść o diable z Jersey mrozi krew w żyłach. Legenda miejska jest żywa ponoć do dzisiaj.


 Pewna dziewczyna z New Jersey została na noc sama. Jej rodzice pojechali do kasyna w Atlantic City. Niestety – pech chciał, że samotna noc zapowiadała się strasznie. Wieczorem ciemne chmury przykryły niebo a silny wiatr sprawiał wrażenie, że ktoś puka to w szyby, to w drzwi domu. Na szczęście bohaterka tej legendy miejskiej miała psa – golden retrievera. Kiedy wieczorem kładła się do łóżka on grzecznie pilnował swojej pani pod nim. W nocy dziewczyna parokrotnie obudziła się i ręką sprawdzała, czy pies jest na miejscu.

Za każdym razem zwierzak lizał jej rękę a ona znów zapadała w sen. Rano obudziły ją dziwne odgłosy dochodzące z dołu. Kiedy weszła do kuchni jej oczom ukazał się straszliwy widok – pies powieszony był pod wiartak a na kuchennym, olejowanym blacie leżała kartka, na której widniało zdanie: „Diabeł z Jersey też umie lizać!”

Rozpuszczalnik w toalecie

Remonty to domena polskiego urlopu. Remontujemy kuchnie, garaże i strychy. Budujemy domy, domki i drogi z kostki brukowej. 


Tworzymy przy okazji legendy miejskie. W Wejherowie na Os. Kaszubskim była swego czasu opowieść o tym, że w jednym mieszkaniu był remont mieszkania. Robotnik, który malował pokoje zmywał olejowane podłogi rozpuszczalnikiem. Wylewał rozpuszczalnik do toalety. Wieczorem wrócił właściciel lokalu, który po obiedzie tradycyjnie poszedł na posiedzenie paląc papierosa. Niestety – traf chciał, że robotnik nie spuścił wody z rozpuszczalnikiem i … można domyślić się finału całej opowieści.

Miłość jak z Romea i Julii

Czy można zrobić ukochanej osobie krzywdę zupełnie przypadkowo? Okazuje się, że tak i przykłady takich legend miejskich są niedaleko nas. 


 Słyszałam, że w Redzie mieszkało sobie młode małżeństwo, które bardzo się kochało. Dorabiali się i dużo pracowali – on przeważnie na nocki w porcie, ona jako pieleęgniarka. Pewnego razu gdy on przyszedł do domu po nocce żony nie było. Włączył wodę w czajniku elektrycznym by zrobić sobie herbaty. Jednak już pierwszy łyk wywołał u niego zakrztuszenie. Cała buzia zaczęła go palić. Zdołał poprosić sąsiada o pomoc i pojechali na pogotowie. Okazało się, że żona na noc zostawiła w czajniku elektrycznym wodę z odkamieniaczem. 

 Na całe szczęście nie doszło do tragedii.

Zdechły kot czy nowe buty?

Legenda miejska, którą ciekawe opisał Mark Barber w swojej książce „Legendy miejskie” (wydawnictwo RM, Warszawa 2007). 


 Pewnej kobiecie zdechł kot. Mieszkała w centrum Londynu, więc o pogrzebie w ogródku (którego nie miała) mogła tylko pomarzyć. Skrzętnie więc ukryła zwłoki kotka w pudełku na buty i pojechała w stronę najbliższego smętarza dla zwierzaków. Po drodze zahaczyła o centrum handlowe, w którym wypatrzyła extra spodnie. Zostawiła siatkę z pudełkiem pośmiertnym przed przymierzalnią. Gdy wychodziła … okazało się, że pudełko znikło. Przed centrum zaś leżała blada kobieta, a na ziemi otwarte pudełko ze zwłokami kotka. Sklepowa złodziejka żałowała tej zdobyczy do końca życia.

Ponętna autostopowiczka w Wejherowie

Czy branie autostopowiczów może przysporzyć kierowcy problemów? Z reguły nie, choć legendy miejskie nie zachęcają do tego typu pomocy. 


 Badając różne doniesienia z moich rodzinnych stron natknąłem się na opowieść o … ponętnej autostopowiczce. Mówiło się o tym w latach 90. Na drodze z Wejherowa do Luzina ruch nie był za duży a i komunikacja szwankowała. Dlatego też dużo ludzi próbowało łapać stopa, gdy nie trafili z PKS-em. 

Kierowcy mówili, że stopa łapie też młoda dziewczyna, która chce jechać do Kębłowa. Według opowiadających „polowała” tylko na kierowców – samotnych mężczyzn. Zasada działania była prosta – jechała z takim delikwentem w okolice Bolszewa i nagle oznajmiała, że jak nie da jej pieniędzy to zgłosi na policję, że próbował ją zgwałcić.

Zszokowany kierowca z reguły nie protestował i płacił za milczenie kobiety. Raz słyszałem, że ta autostopowiczka zażyczyła sobie towarzyszenia na zakupach na wejherowskim rynku i opłaceniu ich.

Kaseta przepowiadająca przyszłość

Las Vegas to nie tylko miasto wiecznej rozrywki, szybkich ślubów i wielkiego kaca ale również kopalnia legend miejskich. 


 Pewnego razu świeżo zaręczona para postanowiła spędzić dwa tygodnie w Las Vegas. Po intensywnym tygodniu spędzonym na chodzeniu po kasynach, korzystaniu z darmowych drinków i kuchni całego świata stwierdzili, że najlepiej będzie spędzić jeden wieczór w pokoju oglądając film. 

Wybór padł na „Ducha” z Patrickiem Swayze w roli głównej. Młodzi oglądali film z nieukrywaną radością. Kiedy pojawiły się napisy końcowe zaczęli szukać pilota. Nagle na ekranie pojawił się aktor grający rolę główną … i zwrócił się do kobiety.

 Zadzwoń do matki!

Obraz znikł. Oboje siedzieli zaskoczeni, jednak razem stwierdzili, że głupio będzie dzwonić do mamy mówiąc, że ktoś z kasety video kazał im to zrobić. Jak możecie się domyślić – następnego dnia dostali wiadomość o śmierci matki.

Szalona kobieta

Legendy, a legendy miejskie w szczególności mogą czasami szkodzić głównym bohaterom opowieści. Szczególnie wtedy, kiedy można ich zidentyfikować. Tak jest w przypadku tej legendy.


 Żyje sobie do teraz w Wejherowie kobieta, którą jako dzieci nazywaliśmy szaloną Terenią. Krzyczała na nas, wyła, blokowała naszą osiedlową ulicę. Brała wtedy z domu krzesło, mocowała sznurek do płotu naprzeciwko i blokowała ruch. Najlepsze było, gdy ktoś był w naszej okolicy po raz pierwszy.

Nie raz zwyzywany za nic uciekał. Byli i tacy, którzy stawiali czoła w przegranej z góry konfrontacji. Sytuacja trwała długo. Dopiero po śmierci jej męża okazało się, że znalazł się ktoś, kto pilnuje podawania jej leków. Zupełnie inna kobieta – normalna, uprzejma i miła. Może cieszyć się życiem.

Wejherowskie działko przeciwlotnicze

Podążając śladami legend miejskich natknąłem się na opowieść, która może mieć coś wspólnego z rzeczywistością. 


 Legenda jest dość znana wśród starszych mieszkańców miasta. Na wejherowskim rynku jest kamienica, w której kiedyś był lombard. Właściciel tego przybytku był obrzydliwie bogaty ale i bardzo nielubiany. Siedział za grubą kratą i miał fioła na punkcie bezpieczeństwa. Opowiadają, że jak kiedyś policja chciała sprawdzić, czy w lombardzie znajdują się rzeczy z kradzieży natknęli się na różne ciekawe rzeczy. Między innymi na samej górze znajdowało się … działko przeciwlotnicze wraz z pociskami. Jakby facet obawiał się jakiegoś nalotu…

EDIT: Dostałem informację od jednego z Czytelników, że z tym miejscem wielu ludzi kojarzyło również sztabki złota, która miały być ukryte na najwyższym piętrze. Widać wyraźnie, że kamienica na rynku stanowiła (i pewnie stanowi) ciekawe miejsce i natchnienie dla powstawania legend miejskich.

Złoto w Wejherowie

Nawiązując do wczorajszego wpisu dotyczącego ziemi świętej w Wejherowie dostałem równie ciekawą legendę o wejherowskiej kalwarii. Z przesłanej na maila informacji wynika, jakoby Jakub Wejher przed śmiercią kazał przetopić całe swoje złoto i zakopać je właśnie na Kalwarii. Zrobił to w obawie przed Szwedami i rabusiami, którzy coraz częściej zapuszczali się na jego posiadłości. Zdanie jest zastanawiające i wyglądające na legendę miejską, która nie ma żadnego poparcia w faktach. Przeprowadzono wszak gruntowny remont Kalwarii i jeśli jakieś skarby by tam był opinia publiczna zostałaby powiadomiona (chyba :)). Poza tym historia nie ma żadnego umocowania w rzeczywistości. Szczegółowe informacje podaje prof. Józef Arno Włodarski w swojej książce. Aczkolwiek jedno zdanie bardzo rozbudza wyobraźnię oraz tworzy ciekawą legendę miejską.

środa, 5 lipca 2017

Święta ziemia w Wejherowie

Legendy miejskie – a właściwie legendy związane z Wejherowem fascynują mnie i nie nudzą jak ciągłe polityczne przepychanki czy doping pewnych ciężarowców. 


 Poszukując kolejnych ciekawych legend przeczytałem w jednym z opracowań („Duchy, zjawy i ukryte skarby” Anny Koprowskiej – Głowackiej) o wejherowskiej Kalwarii i związanej z nią legendzie. Rzecz miała miejsce jeszcze przed budową Kalwarii Wejherowskiej. Po uzyskaniu pozwolenia na realizację takiego zadania Jakub Wejher (założyciel miasta) wysłał zaufanych sobie ludzi do Ziemi Świętej, by stamtąd przywieźli ziemię, po której stąpał Jezus. Ponoć pod każdą kapliczką taka gleba została rozsypana.

Umierając...

Legendy miejskie czasem śmieszą. Innym razem przerażają i każą zastanowić się nad istotą życia. Tak jest w przypadku historii o umierającym mężczyźnie. 


 Pewnego razu w Chicago pewien ksiądz przebierał się w zakrystii po odprawieniu mszy. Nagle wkroczyła starsza kobieta, która powiedziała: Proszę księdza, proszę szybko przyjść do domu nr 1113 na ulicy Wellingtona aby udzielić ostatniego namaszczenia umierającemu tam mężczyźnie. Ksiądz odpowiedział, że skończy tylko odprawiać obrzędy i już idzie. Jednak kiedy odwrócił się nie było śladu po kobiecie. Po przybyciu na miejsce oczom wielebnego ukazał się ciekawy widok. Otworzył mu mężczyzna po 50-tce, który na pytanie o umierającego powiedział: Jestem zdrów jak ryba! – i zaśmiał się. Ksiądz kątem oka dostrzegł jednak zdjęcie kobiety, która była u niego.Porozumiewawcze spojrzenie z mężczyzną kazało mu zostać. To moja matka, która umarła 5 lat temu – zdradził księdza. Po chwili milczenia dodał. Niech ksiądz udzieli mi ostatniego namaszczenia. W parę godzin później zmarł na rozległy zawał serca.

Zniknięcie w paryskim hotelu

Legendy miejskie mają to do siebie, że oprócz paru rasowych porsche trafiają się stare fiaty. Tak jest z opowieścią, która w Stanach Zjednoczonych ma wiele wariantów. 


 Matka z córką wybierają się na wczasy do Paryża. Sielanka trwa w najlepsze do momentu, gdy mamusia zaczyna chorować. Gorączka, duszący kaszel i bóle pleców nie chcą ustąpić. Córka przy pomocy hotelowej obsługi znajduje mamie lekarza. Ten zapisuje specyfik dostępny jedynie w dwóch paryskich aptekach. Córka jedzie po lekarstwo, jednak gdy wraca do hotelu okazuje się, że matki nie ma. Poza tym apartament, w którym razem nocowały jest zupełnie inny niż pamięta sprzed zaledwie godziny. Pracownicy hotelu milczą… Według przypuszczeń matka zachorowała w hotelu na jakiś tajemniczy wirus i musiała zniknąć. Według innych wersji – padła ofiarą łowców narządów.

Kule w drewnie

W latach 90. w Wejherowie i okolicach wśród stolarzy a przede wszystkim w tartakach krążyła opowieść o kulach, które co rusz uniemożliwiały pracę maszyn. 


 Kiedy dzisiaj pytałem się okolicznych stolarzy mówili, że nie natrafiają na takie „niespodzianki”. Kiedyś było ich o wiele więcej. Temat znalezionych pocisków przeszedł od pozycji „szoku” do etapu „szarej codzienności”. Najpierw wywoływał zaciekawienie. Potem stał się problemem stricte technologicznym, który opóźniał proces produkcyjny.

Nawiedzona toaleta

Legendy miejskie, które krążyły po II Wojnie Światowej były o niebo lepsze niż garść dziesiejszych opowieści gimnazjalistów. 


 Podczas moich poszukiwań wejherowskich opowieści dotarłem do kolejnej – wydaje się interesującej legendy. Działo się to pod koniec II Wojny Światowej w Wejherowie. Na podwórku przy ul. Strzeleckiej chodziły słuchy o tym, że pojawia się tam duch niemieckiego żołnierza. Niespokojna dusza pojawiała się ponoć w zakrwawionym mundurze i straszyła ludzi. Ludzie, którzy nie musieli się tam pojawiać – nie wybierali się w te rejony. Sęk w tym, że na podwórku była … toaleta dla mieszkańców. Ci co rusz musieli mierzyć się ze strachem, obawą i zjawą. Pewnego razu z wychodka korzystał niczego nieświadomy jegomość. Siedział spokojnie, gdy nagle usłyszał głośne stukanie w drzwi. Krzyknął: Zajęte! i starał się nie przejmował łomotem. T

en jednak nie ustawał. Klient zdenerwował się nie na żarty. Z niedbale podciągniętymi spodniami otworzył gwałtownie drzwi i zobaczył ducha żołnierza. Według relacji z marszu osiwiał i uciekał trzymajac kurczowo spodnie. Duch już więcej się nie pokazał.

Kupuj piwo - wspieraj dobrą zmianę?

Ostatnio w powiecie wejherowskim usłyszałem opowieść, którą można zaliczyć do miana legend miejskich „gorszego sortu”. 


 Otóż według opowiadającego kupując zgrzewkę (4-pak bądź 6-pak) pewnego znanego piwa możemy być pewni, że 5 procent ze sprzedaży idzie na budowę pomników zmarłego prezydenta. Co więcej – aby opowieść brzmiała wiarygodnie – mój rozmówca z ręką na sercu przysięgał, że są podpisane umowy, które gwarantują taki (sic!) podział zysków. Bez zbędnego sprawdzania mogę napisać, że to rzeczywiście legenda miejska, w której od A do Z wszystko jest fikcją. Zastanawia jednak, czy taka legenda napędza sprzedaż czy też ją hamuje?

Skąd przybywacie?

Legenda miejska (a właściwie wiejska), którą da się słyszeć w prawie niezmienionej wersji do dzisiaj. 


 Rzecz miała dziać się w latach 70. XX wieku. W Wejherowskim Centrum Kultury wystawiano „Odprawę Posłów Greckich”. Sala pękała w szwach a dramat rozgrywał się na oczach spragnionych kultury widzów. Nagle drzwi na widownię się otworzyły i zaczęli wchodzić spóźnieni widzowie. Ze sceny niestrudzeni artyści kontynuowali przedstawienie mówiąc swoje kwestie:
 – Skąd przybywacie?
 – Z Pucka – krzyknęli spóźnialscy.
 – A ilu was?
 – 12 – odkrzyknęli.

 Jak można się domyśleć śmiechom nie było końca. W różnych wersjach legendy miejskiej zmienia się miejsce (zamiast Wejherowskiego Centrum Kultury Teatr w Gdyni) oraz miasto, z którego pochodzą spóźnieni widzowie.

Duch, co czapkę kradnie

W Wejherowie do dzisiaj mało ciekawym miejscem jest park znajdujący się przy ul. Sobieskiego z wejściem naprzeciw ul. Kopernika. 


 Legend miejskich z nim związanych jest dość dużo (o czym napiszę wkrótce). Na początek najciekawsza i najlepsza według mnie.

 Działo się to w latach 60. XX wieku. Ludzie mówili, że każdy kto idzie w nocy przez ten park natknie się na prawdziwego diabła, który może zrobić z nim co chce. Ludzie wierząc w tą opowieść starali się nie chodzić w tamtym kierunku.

Znalazł się jednak osobnik – 25 – latek chcący zaimponować swoim znajomym. Umówili się przed wejściem do parku i Geroj” po wypiciu sobie czegoś dla animuszu wkroczył szukać przeznaczenia. Po 5 minutach usłyszeli krzyk – pojedynczy a zaraz potem kolejne.

Ktoś biegł w ich kierunku. Okazało się, że to przyjaciel. Niestety brunet w jednej chwili całkowicie osiwiał. I nie mówił, co a może bardziej kogo zobaczył w parku.

 Tylko ślady dziwnej łapy na nadgarstku przypominały mu o tym, że w legendy miejskie czasem warto wierzyć.

Płacząca Matka Boska

Figury Matki Boskiej, które ronią łzy są zaliczane przez badaczy także do legend miejskich. Chodzi głównie o te figury, wokół których zrodziła się legenda. 


Tak jest w przypadku figury ze Stanów Zjednoczonych (Michigan), która według opowieści mieszkańców płacze zawsze w południe.

 Nie dotarłem do informacji, jak badacze legend miejskich zapatrują się na kwestię potwierdzonych przez kościół objawień. Czy to jeszcze obszar legendy miejskiej czy historii autentycznej, która opowieścią z dreszczykiem być przestała?

 Zapraszam do dyskusji.

Zwłoki w materacu

Legenda miejska, która pojawiła się w Ameryce jest rzeczywiście upiorna i trudno w nią uwierzyć. Jej pomysł wykorzystali twórcy serialu "American Horror Story". W tej legendzie miejskiej, która w różnych wersjach ukazała się w zbiorach elementy są podobne. Otóż młode małżeństwo przybywa do zabytkowego hotelu, w którym planują spędzić dwa tygodnie. Jednak już pierwszego dnia następuje zgrzyt - mocno nieprzyjemny smród unoszący się w pokoju. Obsługa próbuje problem zatuszować. Jest gruntowne mycie, odświeżanie i wietrzenie. Wszystko na nic. Okrutny zapach unosi się w powietrzu czyniąc ten miodowy miesiąc nagorszą udręką. Dopiero goście przez przypadek odkrywają, że przyczyną smrodu jest ... materac. Po zdjęciu prześcieradła ich oczom ukazuje się dziwny widok. Materac jest niedbale zaszyty. Po odpruciu znajdują zwłoki znanego w mieście mafiosa, który był poszukiwany listem gończym. Hotel chcąc zatuszować sprawę oferuje swoim gościom darmowe pobyty w hotelu do końca życia. Druga wersja legendy miejskiej jest dość podobna. Tym razem jednak samotny przedstawiciel handlowy przyjeżdża na parę dni do taniego motelu w Nowym Jorku. Firma tnie koszty więc facet śpi w śmierdzącym pokoju. Niestety odór staje się nie do wytrzymania. Gość nie wytrzymuje i przewraca hotelowe łóżko. Z niego zaczynają wypełzać larwy oraz zielona maź. Okazuje się, że w materacu jest trup poszukiwanej listem gończym prostytutki. Gość o mało nie dostał zawału - co więcej nie dostał też - jak w przypadku pierwszej wersji legendy - odszkodowania za straty moralne. Motyw materaca wykrzystano w "American Horror Story".

wtorek, 4 lipca 2017

Nurek na drzewie

Legenda miejska, którą chciałem dzisiaj opisać pochodzi z lat 80 z Australii (gdzie ponoć wydarzyła się naprawdę). Inne wersje można spotkać w Europie. Podczas wielkiego pożaru lasu wywołanego upałami na nogi postawiono wszystkie siły. Do akcji ruszyły jednostki straży pożarnej, żołnierze oraz helikoptery, które zrzucały wodę czerpaną z pobliskich jezior. Jakież było zdziwienie wszystkich, kiedy w pogorzelisku znaleziono ciało kompletnie wyposażonego nurka. Okazało się, że podczas pobierania wody niechcący zabrano również mężczyznę, który nurkował w akwenie. Śmierć nastąpiła oczywiście w wyniku upadku z dużej wysokości. Według badaczy legenda powtarza się zawsze, gdy mamy do czynienia z wielkim pożarem (California).    

Kot w alternatorze?

Po moim wpisie dotyczącym Kuna w alternatorze dostałem informację, że podobne zdarzenie miało miejsce w Kielcach. Tu głównym bohaterem był ... mały kotek, który chcąc się schować przed zimnem ukrywał się w silniku. Historia ponoć autentyczna. Zapraszam do przesyłania swoich legend miejskich poprzez formularz kontaktowy.

Żyletki na zjeżdżalni

Legenda miejska o żyletkach na zjeżdżalni była żywa w latach 80. w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Dzisiaj można ją usłyszeć w Polsce w zmienionych wersjach. W wersji amerykańskiej mieliśmy do czynienia ze zjeżdżalnią na basenie,w której to kilkunastoletnia dziewczynka została mocno pocięta przez umieszczone w rurze żyletki. Oczywiście legenda miejska wywołała mocną społeczną psychozę, która przyczyniła się do bankructwa i zamknięcia basenów, które stanowiły teren dla legendy miejskiej. W Polsce nie spotkałem się z takim opowiadaniem - niemniej niedawno w Gdyni na odbywającej się imprezie IRON MAN ktoś rozsypał na trasie przejazdu rowerów pinezki, które mogły przyczynić się do tragedii. Prawdopodobnie ktoś wcześniej zauważył ten incydent i usunął niechciany "prezent". Zdjęcia tego do dzisiaj krążą na facebooku.

Dom, w którym straszy. Legendy miejskie

Legendy miejskie o domach, w których straszy należą według mnie do najciekawszych historii, jakie można posłuchać zarówno do śniadania jak i suto zakrapianej imprezy. Rozmawiając o legendach miejskich w Wejherowie i okolicach wysłuchałem wielu opowieści, w których "straszny dom" jest głównym bohaterem. Oto pierwsza z nich:
Jest do dzisiaj dom na Granicznej, w którym straszy. Dom budowano w latach 90 ale już było coś nie tak. Okazało się, że znajdował się tam cmentarz żydowski czy protestancki. Budowlańcy wykopywali kości, kawałki czaszek. Słyszałem, że pierwotnie był plan, aby stanął tam kościół - tyle, że się nie udało. Kiedy postawili dom działo się tam wiele złego. Ludzie opowiadali o latających przedmiotach, krzykach i wyciach słyszalnych nawet w dzień. Ponoć ksiądz z pobliskiej parafii musiał dokonywać tam egzorcyzmów. Dzisiaj w tym domu ktoś mieszka, jednak ludzie mówią, że nadal tam straszy.

Zakażony/zakażona

Historia, w której główny bohater zostaje zakażony chorobą (najczęściej AIDS bądź innym schorzeniem przenoszonym drogą płciową) pojawia się tylko w dużych miastach Polski. Pytając o wejherowski wątek/wersję tej opowieści moi rozmówcy nie potrafili wskazać takiego wiarygodnego wydarzenia.
Pewien mężczyzna poszedł do klubu z kolegami świętować swoje urodziny. Jako że zabawa była przednia chłopcy nie szczędzili sobie alkoholu a ich nabyte strachy przed kontaktami z płcią piękną prysły jak mydlana bańka. Główny bohater tej legendy w pewnym momencie poznaje rudowłosą piękność, która nie stawia oporów przed jego konkretnymi propozycjami. Koniec końców lądują u niego w mieszkaniu. Noc marzeń, Rano bohater budzi się i stwierdza, że jego anioła nie ma w domu. Na stole widzi tylko kartkę z napisem: WITAMY W ŚWIECIE AIDS.
A może znacie taką historię rodem z Wejherowa, Redy czy Rumi?

Dzień samobójcy?

Badając temat legendy miejskiej w Wejherowie natrafiłem (dwukrotnie) na coś, co przepytywani określali nazwą "dzień samobójców". Chodziło o to, że jednego dnia doszło do niewytłumaczalnej fali samobójstw w bardzo małym mieście.
Nikt nie wiedział, o co dokładnie chodziło ale na mieście mówili, że coś wisiało w powietrzu dlatego też było tyle samobójstw jednego dnia. Ludzie bali się i opowiadali o tym, bo nie wiadomo było, co człowiekowi do łba wskoczy.
Drążąc temat okazało się, że rzeczywiście na początku lat 90 - 20 lipca doszło do trzech samobójstw. Pierwsze zdarzenie miało miejsce na ul. 12 marca. Mieszkaniec powiesił się. Niedaleko później mieszkaniec Gościcina powiesił się. Ostatnim, który targnął się skutecznie na swoje życie był Waldemar W., który postanowił otruć się. Skutecznie.  

Piaśnica i legendy miejskie

Kto zmierza w kierunku Karwi czy Dębek mija po drodze Piaśnicę - miejsce niemieckiej zbrodni na niewinnej ludności. Przy wjeździe na to porażające cmentarzysko stoi krzyż, pod którym czasem palą się znicze, ktoś składa kwiaty. Moja babcia opowiadała mi, że miejsce to nie jest zbadane tak dobrze, jak być powinno. Miała na myśli większą liczbę ofiar i ogrom zbrodni, niż ta, która przedstawiana jest w opracowaniach dotyczących tego miejsca. Opowiadała również o tym, że po wojnie ludzie odwiedzający to miejsce mieli okazję spotkać duchy zabitych w Piaśnicy. Czasem nawet nieświadomie myśląc, że to okoliczni mieszkańcy czy odwiedzający to miejsce. Dokładnego opisu zdarzeń nie doczekałem się. Może macie wiadomości na temat Piaśnicy podlegające pod definicję legendy miejskiej? Zapraszam do komentowania.

Czy w baku jest paliwo?

Jak sprawdzić czy w baku starej motorynki jest jeszcze paliwo? Okazuje się, że bohaterowie niektórych legend miejskich mają ułańską fantazję jeśli idzie o sprawdzanie tego faktu. Historia miała miejsce w Gościcinie (gm. Wejherowo). Dwójka chłopców postanowiła pojeździć na nieużywanej przed dłuższy czas motorynce. W związku z tym, że wskaźnik paliwa był zepsuty postanowili zajrzeć do baku, czy jest tam jakieś paliwo. Nie było latarki więc jeden z bohaterów tej legendy miejskiej postanowił poświecić ... zapaloną świecą. Jak można się domyśleć od razu nastąpił zapłon znajdującej się tam benzyny. Nie doszło do tragedii. Jeden z chłopaków przytomnie zdołał ugasić pożar. Dodajmy, że obok motorynki stał samochód osobowy. Garaż znajdował się (i znajduje) w domku jednorodzinnym. Historia autentyczna i potwiedzona. Byłem jej obserwatorem.

Kuna w alternatorze. Legendy miejskie

Problem z samochodami czy legendy miejskie z autem w tle należą do najpopularniejszych. Nie dziwi więc, że cały czas możemy posłuchać nowych opowieści. Legenda miejska, którą usłyszałem w tym tygodniu opowiada o właścicielu pewnego auta.  3-letni Citroen C 3 sprawował się bez zarzutu do czerwca tego roku. Okazało się, że szwankuje elektronika i wyświetlają się wszystkie możliwe czujki. Kiedy przyjechał do serwisu z samochodem nic nie zapowiadało najgorszego. Po godzinie zawołano go na "tunel", gdzie zebrali się wszyscy pracownicy warsztatu. Okazało się, że w alternatorze było pełno sierści i skórki kuny. Właściciel nie przypominał sobie, aby kunę przejeżdżał w ogóle.  

poniedziałek, 3 lipca 2017

Szczur w toalecie

Opowieść o szczurze, który nagle wypływa z kanalizacji znana jest jak legenda miejska długa i szeroka. Jej ciekawą wersję słyszałem w Wejherowie. Otóż na Osiedlu Kaszubskim kolega kolegi wrócił zmęczony z pracy. Po obiedzie postanowił poczytać gazetę na tronie. Po 10 minutach poczuł dziwne skubanie w kroczu, a zaraz potem niesamowity ból. Podskoczył uderzając głową w drzwi. Okazało się, że ugryzł go szczur, który zaraz potem zniknął w toalecie. Mężczyzna został zawieziony prze żonę do szpitala, gdzie opatrywano mu głowę i .... Trudno potwierdzić autentyczność tej legendy w odniesieniu do miasta i dzielnicy, jednak jeśli to prawda to służby medyczne miały naprawdę niezły ubaw.

Arab ostrzega przed zamachami?

Światowe Dni Młodzieży za nami więc można przywołać legendę miejską, która krążyła w sieci jak i podczas towarzyskich spotkań od Helu po Zakopane. Opowiadający miał koleżankę koleżanki, która akurat pracuje w galerii handlowej w Poznaniu. Pewnego dnia wracając z pracy znalazła portfel (w innych przekazach dowód osobisty - sic!) człowieka wyglądającego na Araba. W tym momencie nikt z opowiadających nie umiał wytłumaczyć mi, jak skontaktowała się z właścicielem zguby. Podczas spotkania młody mężczyzna podziękował za oddanie zguby zaznaczając, że nie da znaleźnego.  W podziękowaniu miał jedynie powiedzieć, żeby nie jechać na Światowe Dni Młodzieży. Legenda była z gruntu fałszywa jednak napędzana wydarzeniami w Niemczech i Belgii. Powstało jej jeszcze kilka innych wersji, o których napiszę później. A Wy jakie jej formy słyszeliście?  

Szczoteczki do zębów

Oglądaliście "Poranek kojota"? Wiele scen przeszło do historii ale ta ze szczoteczkami do zębów przebija wszystko. Według Marka Barbera opowieść o szczoteczkach to legenda miejska. Jego bohaterowie doświadczyli jej będąc w Paryżu. Ktoś włamał się do ich apartamentu. Amerykanie gorączkowo sprawdzali, co zostało ukradzione. Okazało się, że straty są poważne ale został aparat fotograficzny oraz szczoteczki. Kiedy po powrocie wywołali zdjęcia okazało się, że najlepsze wakacje miał hotelowy boy, który robił sobie foto ich aparatem wkładając sobie szczoteczki w ... Smacznego!

Poduszka zmarłego

Czy istnieje życie pozagrobowe? Co dzieje się z nami po śmierci? Bohaterowie legend miejskich z pewnością nie mają wątpliwości, że jest COŚ po śmierci. W Wejherowie w okresie II Wojny Światowej miało miejsce nietypowe zdarzenie. Otóż do jednego z mieszkań na ul. Hallera przyjechali goście. Choć mieszkanie nie było duże każdy mógł spać w osobnym łóżku. Mojej babci przypadł pokój należący do zmarłego niedawno właściciela mieszkania. W nocy obudziły ją miarowe kroki człowieka w butach oficerskich (zmarły był żołnierzem). Kroki były głośne. Babcia była przerażona ale wiedziała, że nie można się przy duchu odezwać. Sytuacja trwała od godziny 23:00. Mogę sobie tylko wyobrazić jak wielki strach towarzyszył jej podczas bycia sam na sam z czymś nieznanym. Nagle o 3:00 nad ranem duch wyrwał z całej siły poduszkę spod głowy babci. Ta nie wytrzymała i jak wspominała - wybiegła krzycząc wniebogłosy. Wszyscy zaczęli pytać się, o co chodzi i kiedy w końcu powiedziała o duchu gospodarze przyznali, że już wcześniej działy się tam takie rzeczy. Zła na nich babcia jeszcze tego samego dnia wyprowadziła się i nigdy nie odwiedziła tamtego mieszkania. Macie również takie opowieści od starszych pokoleń? Zapraszam do przesyłania/komentowania.

Igła śmierci w Wejherowie

Wątków w legendach miejskich o igłach jest sporo. Wśród nich chyba najlepszy (z początku lat 90.) dotyczących zarażania przypadkowych osób przez zakażoną igłę. Opowiadali to sobie starsi koledzy i rodzice twierdząc, że grasuje szaleniec umiesczający igłę w siedzeniach autobusów, pociągów. Narzędzie zbrodni było oczywiście skażone krwią chorego na AIDS. Prawie każdy opowiadający miał w kręgu znajomych osobę, która o mały włos a usiadłaby na tej pułapce. O samych zakażonych cisza. Ta legenda opowiadana była także w Wejherowie w wersji niezmienionej.

Igły śmierci

Moja babcia była krawcową. Wśród jej doskonałych opowieści wiele zapadło mi w pamięć. Jedna z nich (prawdopodobnie legenda miejska) do dzisiaj nie daje mi spokoju. Otóż babcia twierdziła, że miała koleżankę - nomen omen krawcową - która w pewnym momencie przestała dbać o jakość skupiając się na ilości. Sama potrafiła pocerować, naszyć spodni i skrócić sukienek więcej niż jej koleżanki i koledzy po fachu. Jednak pewnego razu z roztargnienia wbiła się jej igła w rękę. Pech chciał, że nie mogła jej wyjąć ale mając inne sprawy na głowie zapomniała o tym. W tydzień później kobieta zmarła. Z powodu jej młodego wieku wykonano sekcję zwłok, która wykazała, że przyczyną śmierci była ... igła, która serce potraktowała jak balonik. - Po prostu wybuchło - mówiła babcia. Czy coś takiego jest możliwe? Piszcie w komentarzach.

Chusta zaszyta w brzuchu

Legendy miejskie o tym, że lekarz/pielęgniarka zostawili COŚ w brzuchu pacjenta wywołują paniczny strach. Pewnie dlatego, że czasem dzieją się naprawdę. Historia opisana tutaj pokazuje, że coś, co traktujemy z przymrużeniem oka mogło (i może) zdarzyć się naprawdę.  

niedziela, 2 lipca 2017

Złodzieje nerek

Opowieść o skradzionej nerce w Stanach Zjednoczonych była popularna już na początku lat 90. W Polsce zaś "moda" na tą opowieść musiała zaczekać do XXI wieku. Wersje tej opowieści są podobne. Najczęściej dziewczyna na dyskotece pije drinka, którego stawia jej przystojny brunet. Film się urywa. Dziewczyna budzi się w hotelu w wannie pełnej lodu. W innych wersjach czuje rurkę wystającą z pleców. Na kartce zawieszonej na ścianie czyta informację o tym, że ktoś wyciął jej nerkę i ma zadzwonić na pogotowie. Legenda popularna zwłaszcza wśród studentek korzystających z uroków nocnego życia. Według różnych źródeł opowiadana także dzisiaj.

Las samobójców. Legendy miejskie

Las owiany jest złą sławą ze względu na wyjątkową popularność wśród samobójców. Nie istnieją statystyki zbierające sumaryczne dane na temat samobójstw popełnianych na terenie lasu, jednak regularnie pojawiają się informacje na temat liczby ciał znalezionych w danym roku. Książka Cliffs of Despair autorstwa Toma Hunta wysuwa tezę, że jest to drugie najpopularniejsze miejsce pod względem liczby popełnianych samobójstw. Więcej informacji tutaj i na poniższym filmie

Śmierdzące mieszkanie. Legendy miejskie

Masz okazję kupić mieszkanie po okazyjnej cenie? Nie zastanawiaj się długo! Wstęp to oczywiście żart, jeśli przeczytasz kolejną legendę miejską dotyczącą zakupu nieruchomości po okazyjnej cenie.
Sytuacja miała miejsce w na terenie powiatu wejherowskiego w 1998 roku. Znajomi mieli możliwość zakupu po bardzo dobrej cenie 3-pokojowego mieszkania w centrum. Po sprawdzeniu dokumentów i pożyczeniu pieniędzy od rodziny zakupili własne M. Niestety od czasu wprowadzenia się do mieszkania i jego gruntownego remontu cały czas czuć było niesamowity odór, którego przyczynę trudno było wyjaśnić. Na nic zdały się spraye, odświeżacze powietrza czy kolejne mycia podłóg. Dopiero sąsiadka z dołu wyjaśniła możliwą przyczynę przykrego zapachu. Otóż poprzednia właścicielka mieszkania zmarła mieszkając samemu. Rodzina, która sprzedała znajomym mieszkanie utrzymywała z nią kontakt rzadko. Rozkładające zwłoki leżały tam dłuższy czas. Znajomi mieszkają już w innym miejscu.

Sąsiadka na zbiorniku. Legendy miejskie

Nowe media to inny - cały czas rozwijająy się obszar powstawania legend emiejskich. Do jednej z takich zaliczyć mogę opowieść znajomego z Redy, który twierdzi, że jest autentyczna a główna bohaterka musiała się wyprowadzić z miasta.
Pewnego razu moja żona wróciła ze sklepu mówiąc, że nasza sąsiadka - nomen omen nauczycielka jest aktywną użytkowniczką serwisu zbiornik.com Można ją tam zobaczyć w różnych akcjach SM - co najlepsze nie z własnym mężem. Osiedlowa plotka się potwierdziła, a kobieta w szybkim czasie opuściła miasto.
Opowieść nie do weryfikacji jednak dość prawdopodobna obserwując nowe trendy i zachowania ludzkie.

Seks w rurze. Legendy miejskie Gdańska

Pamiętacie wpis o seksie w rurze? Okazuje się, że istnieje więcej wersji tej trójmiejskiej legendy. Jak pisze pan Robert:
W wersji, którą ja słyszałem kobieta utknęła w rurze i została wykorzystana seksualnie przez grupę stoczniowców. W tym, co słyszałem rzeczywiście słychać informację o tym, że stocznia płaciła alimenty na dziecko.
Jeśli znacie inne legendy miejskie - nie tylko z Trójmiasta - przesyłajcie je za pomocą formularza kontaktowego.

Pokuta. Legendy miejskie Wejherowa

Chodzenie na pokutę było dość częstym motywem opowieści starszych mieszkańców Wejherowa jeśli idzie o legendy miejskie po II Wojnie Światowej. Jedna z przepytywanych przeze mnie mieszkanek miasta tak opowiadała o tym ciekawym zjawisku.
Było to tuż po II wojnie. Pewnemu mężczyźnie zmarła żona. Osierociła dwójkę dzieci - chłopców. Niedługo mąż wziął sobie nową kobietę. Ta jednak nie była dobra dla przybranych dzieci - biła je, poniżała. Pewnego razu idąc wieczorem kobieta miała zobaczyć ducha zmarłej matki. Ta powiedziała jej, że jeśli nie zmieni swojego postępowania będzie musiała chodzić na pokutę na kalwarię. Kobieta nie przejęła się. Kiedy znów powtórzyła się sytuacja z nędznym zachowaniem wobec dzieci jakaś niewidzialna siła po 22 zaczęłą ciągnąć ją na góry. I tak przez dwa miesiące. Kobieta zmieniła swoje zachowanie diametralnie. Niedługo później zmarła.
Żeby wyobrazić sobie grozę tej legendy miejskiej zapraszam do obejrzenia strony www.kalwariawejehrowska.pl Kiedyś nie była ona oświetlona, a i parę innych szczegółów architektonicznych sprawiało, że nawet wyprawa w dzień wiązała się z niemałym wysiłkiem. Dzisiaj nie słyszy się tej legendy.  

Ucieczka ze Srebrzyska. Legendy miejskie

Studia to jeden z piękniejszych okresów w życiu człowieka (choć inne są równie atrakcyjne). Zgłębiając fenomen legend miejskich przypomniało mi się, jak podczas listopadowych zajęć z radia na koniec wyszła na środek koleżanka mówiąc:
Moi drodzy! Przed chwilą dostałam SMS-a z informacją, że ze Srebrzyska uciekło trzech bardzo niebezpiecznych przestępców. Dwóch z nich to mordercy, trzeci zaś to schizofrenik podający się za Adolfa Hitlera. Uważajcie na siebie!
Tym mocnym akcentem zakończyła swoje przemówienie. Myślicie, że olaliśmy jej śmieszne z perspektywy czasu słowa? Oczywiście, że nie. Do kolejki SKM było 1,5 km. Trzymaliśmy się razem :) Gorzej mieli Ci, którzy musieli dość do akademików na Wita Stwosza. Dzisiaj patrzymy na to z perspektywy dobrego kawału i siły z jaką niektóre legendy miejskie działają na ludzi. Nigdy nie znalazłem w mediach informacji o jakiejkolwiek ucieczce. Nasza koleżanka jednak parę dni później poinformowała nas, że
media nie podawały informacji o ucieczce, by nie siać niepotrzebnej paniki.
PS. Link do szpitala, o którym mówi się Srebrzysko

Samochód na urodziny

Legendy miejskie dotyczące obdarowywania samochodami na 18-tkę są do siebie bardzo podobne.

 Tak jest z opowieścią, która została nadesłana do mnie wczoraj.
Słyszałam od koleżanki, że jej kolega dostał na 18. urodziny samochód. Wymarzony Mini Cooper S miał być w naszym małym mieście czymś,czego nikt inny nie miał. Chłopak szalał z radości jeżdżąc jak szalony. W niecały tydzień po otrzymaniu prezentu w sąsiedniej wiosce odbywał się festyn. Pech chciał, że chłopak postanowił razem z kolegami łyknąć parę głębszych. Zaczęło padać. Chłopak jechał zdecydowanie za szybko. Wpadł w poślizg i uderzył w przydrożne drzewo. Kolegom nic się nie stało. On zginął na miejscu.

Seks w rurze. Legendy miejskie Gdańska

Historia rodem ze Stoczni Gdańskiej (tak, tak - tej od Wałęsy) ma długą historię i do dziś powtarzają ją głównie studenci Politechniki Gdańskiej.
Nie słyszałeś tej opowieści? W latach 80 pewna kobieta malowała statek. Jednym z elementów była rura, do której trzeba było wejść. Niestety - kobieta nie oszacowała otworu i utknęła w rurze. Krzycząc pomocy miała nadzieję, że zaraz ktoś ją uratuje. Pomyliła się. Poczuła, że ktoś podrzuca jej fartuch i zdejmuje bieliznę i gwałci. Ponoć do dzisiaj stocznia płaci alimenty na dziecko.

sobota, 1 lipca 2017

Piwne siki

Robienie sobie żartów z najlepszych przyjaciół nie zawsze ma przyjemne konsekwencje. Historia o piwie jest tego najlepszym przykładem.
Kiedy chodziliśmy do LO Sobieski w Wejherowie udało się stworzyć grupę prawdziwych przyjaciół. Razem śmialiśmy się, płakaliśmy i piliśmy. Pewnego majowego piątku czekaliśmy za szkołą na naszego kompana, który zdecydował się na pozostanie na lekcjach. Dla żartu w butelkę po wypitym piwie ... nasikałem. Kolega biegł do nas spragniony złotego trunku. Ja czekałem na niego jak członek sztafety, który chce przekazać mu pałeczkę. Kolega chwycił butelkę i zaczął pić. Upił sporo zanim zorientował się, że coś jest nie tak. Rozbił mi butelkę na głowie. Zasłużyłem :) Dziś nie jesteśmy już przyjaciółmi.

Butelka pełna myszy

Legenda pochodzi z początku lat 90, kiedy to małą wagę przywiązywano do higeny pracy :).

Opowiada jedna z moich czytelniczek:
Postanowiłam kupić mojemu mężowi piwo do obiadu. Kiedy wrócił zmęczony z pracy od razu zabrał się do jedzenia. Nalewając piwo zobaczył, że coś wpada do szklanki. Kawałków robiło się coraz więcej. Po dokładnym przyjrzeniu się "okruchom" okazało się, że to kawałki myszy.
Smacznego. A właściwie na zdrowie!

Pająk na talerzu. Legendy miejskie

Legendy miejskie o zwierzętach – a pająkach w szczególności coraz częściej przychodzą do mnie w rozmowach ze znajomymi.

 Ostatnio dostałem informację (a propo opowieści o pająku w centrum spedycyjnym), iż w siedzibie znanego producenta designerskiego wyposażenia wnętrz, jeden z pracowników podczas niszczenia zbiorczych opakowań natknął się na sporego zielonego pająka.

 Zachowując zimną krew zabezpieczył karton i niebezpiecznie zwierzę, po czym wezwał odpowiednie służby. Te na miejscu stwierdziły, iż jest to groźny dla człowieka okaz rodem z Azji. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Na szczęście to tylko miejska legenda. Na szczęście :)

Rura miejska

Mark Barber w swojej książce „Legendy miejskie” opisuje ciekawą legendę miejską rodem z Anglii. Dotyczy ona drążka w metrze.

Kiedy spaliła się świetlówka w biurze wydelegowano jednego z pracowników do jej wymiany. Wybrał się do sklepu i kupił nową. Starą świetlówkę zabrał ze sobą, by wyrzucić ją do kontenera pod domem. Wracał metrem, które było tego dnia bardzo zatłoczone.

Mężczyzna trzymał więc „rurę” pionowo. Sądząc, że przedmiot trzymany przez mężczyznę to poręcz coraz więcej osób chwytało ją. Mężczyzna dojeżdżając do swojej stacji po prostu zostawił rurę w metrze. Słodkie i nieprawdopodobne. Takie są jednak uroki legend miejskich.

Kurier i pająk - wybuchowe połączenie. Legendy miejskie

Pająki są ciekawym tematem legend miejskich. Ile razy sam widok małego stworzenia przyprawia o drżenie serca Drogi Czytelniku? Ilekroć sama opowieść powala Ciebie na kolana?

Ostanio słyszałem opowieść od 2 kurierów z Trójmiasta na temat akcji w jednym z centrum przesyłek. Otóż podczas sortowania paczek z jednej ... wybiegły dwa pająki. Jak można się domyśleć zrobił się niezły harmider - opowiadał znajomy. Wszyscy wybiegli na zewnątrz i czekali na przybycie odpowiednich ludzi (prawdopodobnie pracownicy gdańskiego ZOO).

 Okazało się, że nadane w paczce tarantule stanowiły poważne zagrożenie dla życia pracujących przy paczkach osób. Z drugiej strony można by takie "prezenty" odpowiednio pakować i oznaczać, co nie wywoływałoby poważnego paraliżu. Cóż - wyobraźnia ludzka nie zna granic, o czym przekonacie się czytając kolejne opowieści kurierów z Trójmiasta.

Shake, baby shake. Legendy miejskie

Praktykując powrót myślami do dzieciństwa (tak by uciec przed złą Platformą, Nowoczesną i krwawym PiS-em wielbiącym rodeo i walki byków) zastanawiałem się ostatnio, jaka legenda miejska zmieniła moje życie. Okazało się, że opowieść o szejku z McDonalda sprawia, że do dzisiaj nie skorzystałem z produktów płynnych tej zacnej restauracji. 


Opowieść co rusz pojawiała się od 8 klasy podstawówki, poprzez liceum a nawet na studiach. Wszyscy opowiadający tą legendę twierdzili, że znali gościa, który po spożyciu szejka. Twierdzili, że zjadł, że źle się poczuł i jak wylądował w szpitalu, to badania wykazały, że spożywał spermę zamiast lodów.

 Choć cała opowieść jest absurdalna i najbardziej abstrakcyjna jest sprawa wykrycia spermy w żołądku (podczas gdy lekarze często nie potrafią z wyników badań wyłapać raka z przerzutami) to opowieść potwierdzana przez przypadkowe osoby skutecznie obrzydziła mi deserowe aspiracje w znanej sieci. Szkoda.

Szczur w winie? Legendy miejskie.

Sobieski! Szkoła życia – pisałem kiedyś z okazji rocznicy powstania I LO w Wejherowie. Podtrzymuję – szkoła życia i szkoła z elementami nauki, choć ta ostatnia w czasach bzdurnej młodości mnie nie interesowała. 

Szkoła życia miała blisko sklepy osiedlowe, które zajmowały się dystrybucją dobrego i taniego wina. Patykiem pisane czy MTV miało smak siarki piekielnej i owoców, co w połączeniu z młodzieńczą chęcią zdobywania niezdobytego sprawiało, że życie było piękne.

 Niestety – miłe wspomnienia – jak bańka mydlana pękły za sprawą rozmowy o nieczynnej już fabryce alkoholi w Wejherowie. To ona właśnie dostarczała wychwalane przeze mnie trunki. Pani Henryka napisała, że w czasach jej młodości (lata 70.) krążyły opowieści o tym, że podczas transportu jabłek do wielkiej kadzi wraz z owocami lądowały tam ... szczury.

Skąd ta wiedza? Szanowna czytelniczka twierdzi, że w tamtych czasach wycieczki do zakładów pracy były codziennością. Nie muszę mówić, że od teraz na samą myśl o MTV dziwnie drapie mnie w gardle?

Guma do żucia zabija? Legendy miejskie

legendymiejskie.pl
                                                                                                                                                      Najlepszym sposobem na trzymanie wszystkiego za mordę jest wzbudzanie w społeczeństwie irracjonalnego strachu. Jednym z nich jest opowieść o gumie, której ... pod żadnym pozorem nie można zjeść. 

 Połkniecie spowodować może bowiem uduszenie, czego świadkiem była osoba rozmawiająca z osobą, która napisała do mnie maila.

Z doświadczenia i zainteresowania legendami miejskimi wiem, że niektórzy aż do śmierci wierzyć będą w dziesięcioletni okres trawienia takiej gumy dostającej się do żołądka. Inni sugerują, że balonówa zasklepia żołądek i trudno będzie cokolwiek konsumować.

 Legendy miejskie legendami miejskimi ale amerykańscy naukowcy dowiedli, że używanie gumy do żucia – w mniejszym stopniu niż amfetamina – pozwala nam przyswajać wiedzę i być sprawniejszym umysłowo. Nie dotyczy osób, które połknęły gumę do żucia i wymyśliły powyższe legendy miejskie.

Czarna wołga ciągle w modzie. Legendy miejskie

Dzieciaki, które wychowywały się za czasów pięknej jak mirabelka komuny miały lepiej – głoszą mądre memy wywieszane na bardzo mądrych stronach facebooka. Czy rzeczywiście? Jeśli spojrzeć na ilość spędzanego bez telewizora i komputera czasu na trzepaku – jak najbardziej. Ale i tak najlepsze mieli nasi rodzice legendy miejskie. Jak choćby ta o czarnej wołdze. 

Według mądrych opracowań legenda ta swój początek ma w latach 60. Według niej samochodem marki Wołga mieli podróżować porywacze żądni młodych polskich chłopców i dziewczynek. Według Wojciecha Orlińskiego – znawcy i badacza legend miejskich – kidnaperom chodziło o krew, która potrzebna była dzieciom chorym na białaczkę.

Dzieciom niemieckich dygnitarzy. Inni zwracają uwagę na fakt, iż dzieci miały być dostarczycielami organów do przeszczepów. Żadna informacja o wołdze czy porwaniach nie była potwierdzona. Jak słusznie zauważa wspomniany już Orliński do pojawienia się tej legendy mogła przyczynić się głośna sprawa Bohdana Piaseckiego – syna przywódcy przedwojennych polskich faszystów. Odnalezione po dwóch latach ciało i niewykrycie sprawców tylko potęgowały ilość przypuszczeń.

 W Wejherowie w latach 90 krążyła opowieść o czarnym polonezie, w którym znajduje się żądny dzieci porywacz. Na całe szczęście nie odnalazłem wzmianek o wydarzeniach, które mogłyby potwierdzać prawdziwość tej opowieści. Później pojawiło się czarne BMW ale nie do końca jako zagrożenie. To bardziej informacja na temat miejsca, w którym można było dostać wtedy dobrej jakości narokotyki. Te czasy minęły...

Pająki w bananach. Legendy miejskie

Pomijając odwieczny problem, którego banana kupić (dojrzały wiadomo – przeznaczony dla świń – cytat za Cejrowski; zielony zaś to ... zielony jak PSL) dużo słyszy się o niemiłych niespodziankach, na jakie natrafiają konsumenci chcący być piękni jak Małgorzata Rozenek.

Opowieści o pająkach i innych skorpionach szerzą się co jakiś czas w internecie. A, że wakacje za pasem – plaga dziwnych opowieści nadciąga. Będą więc tytułowe krzyżaki, szczury w Biedronce czy skorpiony w ...

Nawiasem mówiąc problem nieproszonych gości w sklepach wielkopowierzchniowych pozostaje nierozwiązany bo środki za małe i sposoby na walkę ze szkodnikami za słabe. A propo szkodników – Marc Barber ciekawie pisze o szczurach, które rzekomo miały znaleźć się w kubełkach kupionych w na amerykańskim kontynencie.

Obie wersje legendy, którą przedstawia łączy jedno – wyjątkowy poziom abstrakcji i irracjonalności. Rzekome ofiary konsumowały swoje porcje w ciemnościach (sic!) i dopiero po pewnym czasie zorientowały się, że coś jest nie tak.

 Żadna z tych opowieści nie została potwierdzona. Co więcej wzrost kontroli i jakości serwowanych w dużych sieciach dań wyeliminowań prawie wszystkie problemy, na jakie można napotkać żywiąc się z fast foodzie. Oprócz otyłości, miażdżycy i innych przyjemnych chorób, które napotkamy serwując sobie codziennie to pyszne żarcie.

Upiorne jezioro niedaleko Wejherowa. Legendy miejskie

Opowieści, których akcja dzieje się nad jeziorem z reguły należą do tych ciekawszych. Sukces filmowego „Piątku 13-tego” to nie tylko Jason ale i okolice tajemniczego akwenu wodnego.

Położone niedaleko Wejherowa jezioro Sztobazy według miejscowych jest miejscem, w którym działy się rzeczy dziwne. Jedni twierdzą, że utopiła się tam matka nie mogąca pogodzić się ze stratą swoich dzieci. Inni z kolei opowiadają, że w pobliskim lesie znaleziono wisielca, który do dzisiaj skutecznie straszy chcących targnąć się na własne życie.

 Mrożące w żyłach obie historie spotkały ludzi, z którymi rozmawiałem. Okazuje się, że grillowanie w godzinach wieczornych w tamtym miejscu może nie być przyjemne. Szczególnie gdy nagle coś zacznie wychodzić z jeziora i iść w waszym kierunku. Nawet jeśli to coś kiedyś było matką.